FILADELFIA W WARSZAWIE?

Mądrzy marksiści wiedzieli, że ideologia komunizmu musi umrzeć aby zmartwychwstać.

Miasto przyszłości

Leszek Kołakowski, zanim jeszcze zerwał z marksizmem, krytykował mesjanizm będący kodem źródłowym tej ideologii. Jego zdaniem dążenie do „zbawienia” (uszczęśliwienia, uspołecznienia) wszystkich w ramach jednej planetarnej wspólnoty — nieuchronnie prowadziło do powstawania coraz bardziej zdogmatyzowanych (czyli pseudo-religijnych) struktur partyjnych i państwowych. Ich integracja na poziomie globalnym musiałaby oznaczać światowe królestwo totalitaryzmu.

Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana

Ernst Bloch (1885-1977), jeden z najbardziej radykalnych przedstawicieli marksistowskiego mesjanizmu, proponuje paradoksalną (lub, jak kto woli, dialektyczną) wizję, w której źródłem nadziei na twórczy rozwój komunizmu jest zakodowana w nim konieczność jego ciągłej dezintegracji: śmierci, rozpadu, a w końcu i odrodzenia.
„Duch utopii” Blocha to monumentalny traktat estetyczno-teologiczno-polityczny, poświęcony filozofii muzyki, heretyckiemu chrześcijaństwu i teorii nieortodoksyjnego socjalizmu. Pisany tuż przed rewolucją radziecką i zaraz po niej, kondensował mesjańskie nadzieje w szczególnym momencie dziejowym. Tymczasem Duch Marksa odnosił właśnie swój największy triumf (rewolucja w końcu wygrała), który w tej samej chwili stawał się największą klęską (przejście od leninizmu do stalinizmu to klęska).
Mimo że republiki radzieckie jawią się Blochowi jako dominium eschatologicznej nadziei, książkę zamykają rozważania o Marksie i śmierci. „Idea socjalistyczna” spełnia się w konkluzji: „To kolosalnie ważne, by umieć umrzeć”. W związku z tym pojawiają się dywagacje o wędrówce dusz, a reinkarnacja awansuje na „prawdziwą ideologię” komunistycznego „Królestwa”. Bloch jednak – choć pozujący na biblijnego proroka – sugeruje odczarowaną wykładnię ideologii: interpretację wyzwalającą metempsychozę z religijnego pozoru. Wyzwolona, ujawnia swoją istotę: okazuje się strukturalną teorią prognostyczną, projektującą ogólny model rozwoju marksizmu.
W ramach tego modelu konieczny i pożądany będzie rozpad: najpierw doktryny (systemu ideologiczno-politycznego), następnie struktur nadzorujących doktrynę („komitetu centralnego”, „biura politycznego”, całych państw „demokracji ludowej”). Dopiero po takim rozpadzie marksistowskie atomy (rozproszone elementy ideologiczne) zyskają szansę na nową reorganizację i materializację w nowym społeczeństwie.

Filadelfijskie Królestwo

W tym kontekście ważną rolę w „Duchu utopii” odgrywa „filadelfijskie Królestwo”. Jego nazwa pochodzi z greckiego i oznacza „braterską miłość” (philos – „kochany”; adelphós -„brat”). Integruje ona utopię zaawansowanego komunizmu, w ramach której każdy – zgodnie z Marksowskim aksjomatem – pracuje tyle, ile może, a konsumuje, ile chce. Dynamikę oraz strukturę pracy i konsumpcji reguluje tam socjalistyczny „Kościół”: instytucja zdejmująca z ludzi brzemię zbędnego trudu, a zarazem wyzwalająca ich siły twórcze.
Ale uwaga: Bloch nie jest twórcą utopii naiwnej. Komunistyczna Filadelfia to nie jednowymiarowa Arkadia. Przeciwnie, stanowi ona paradoksalną hybrydę, z jednej strony zorganizowaną przez moment idylliczny, z drugiej natomiast sprzężoną z radykalną negatywnością. Ta druga okazuje się duchem „antyromantycznego i zimnego materializmu”, akumulującego „mocarnie odczarowujący rygor”. Tylko dzięki współpracy z takim materializmem możliwe będzie komunistyczne „niebo na ziemi” (ustanowione nie przez czarodziejską różdżkę opatrzności, lecz mocą uprzemysłowionego akceleracjonizmu: poprzez metodyczne przyspieszanie procesów modernizacyjnych).
Negatywność kumuluje się też w samym rdzeniu „Kościoła”. Ponieważ wszyscy musimy umrzeć, więc również instytucje „filadelfijskie” nie unikną rozpadu. Struktury „kościelne” także podlegają dezintegracji – lecz właśnie ona kompresuje nadzieję, bo dzięki rozpadowi żadna struktura nadzorczej władzy nie będzie trwała wiecznie. Śmierć jest warunkiem wolności, a „wędrówka dusz”, w którą wierzy Bloch – reinkarnacją oferującą szansę na twórczą relokację i reorganizację tych elementów marksizmu, jakie wyzwolą się spod władzy zdezintegrowanych diecezji (autorytarnych instancji nadzorczych, cenzurujących i paraliżujących proces kreatywnej rewitalizacji komunistycznej ideologii).

Kukła i Karzeł

Tu przypomina się Walter Benjamin. Znacznie wcześniej od Kołakowskiego dostrzegł on religijną istotę marksizmu i zobrazował ją w słynnej alegorii kukły i karła. Kukła to automat -szachista, symbolizujący materializm historyczny: metodę pozwalającą komunizmowi wygrywać z kapitalizmem i reakcjonizmem. Karzeł z kolei jest zakamuflowaną duszą automatu: ideologiczną „teologią”. Może być ona wiarą w apokalipsę (zagładę kapitalizmu i objawienie nieuchronności komunizmu), w zbawienie (powszechne szczęście idące w parze z komunizmem), powtórne przyjście (zmartwychwstanie komunizmu)…
Tu i teraz kukła i karzeł są martwi. Materializm historyczny sczezł na śmietniku historii wraz z wiarą w jego „mocarny rygoryzm”. Śmietnik jednak jest plądrowany przez innego karła. To nieśmiertelny karzeł reakcji. W Polsce rozkopuje on groby i lepi ze szczątków frankensteina: „neomarksizm”.
W sytuacji, gdy parlamentarna lewica kuli się ze wstydu na samo echo słowa „socjalizm” (a „komunizm” grozi jej apopleksją), to Kaczyński – straszący tubylców truchłem marksizmu – odwala za nas brudną robotę reinkarnacji. Trzeba tylko trochę odwagi i dziejowej chytrości, żeby odzyskać kukłę z rąk karła, ożywić ją i przeprogramować dla progresywnych celów. Jedynie tchórze nie skorzystają z takiej okazji.