Rok 1982

Listopad 1982 był zwieńczeniem ambitnego dzieła kilkudziesięciu osób w skali całego ówczesnego środowiska akademickiego, które postanowiło przełamać apatię i pustkę jaka zapanowała w ośrodkach akademickich po politycznym kataklizmie stanu wojennego.

Z chwilą stanu wojennego, wszelkie spory ideowe jakie toczyły się na uczelniach, których głównymi oponentami były na poziomie studenckim NZS i SZSP, weszły w całkowicie inną fazę. Formalnie obie organizacje zostały stanem wojennym zdelegalizowane. Oczywiście że byłe Rady Uczelniane i Rady Okręgowe SZSP ciągle materialnie trwały, a składy osobowe „ciał kolegialnych” po świecie i uczelni „chodziły swabodna”, w przeciwieństwie do Zarządów Uczelnianych NZS-u, które materialnie (jako bazy lokalowe), a przede wszystkim jako zespoły ludzkie zostały 13 grudnia 1981 roku unicestwione. Wielu działaczy studenckich NZS było w owym czasie „pensjonariuszami internatów”, wielu system państwa socjalistycznego relegował z uczelni, chociaż raczej gremialnie ówcześni uczestnicy władz akademickich starali się rozpiąć parasol ochronny, a co najmniej „tak po ludzku” pomóc tym osobom, których status formalny na uczelniach – szczególnie po zmianach zaostrzających regulaminy studiów, skazywał na „pójście w kamasze” lub po prostu utratę możliwości kontynuacji studiów.

Okoliczności powstania nowego ZSP w listopadzie 1982 roku.
Z autopsji studenta jednej z większych uczelni w ówczesnej Polsce, mogę wysnuć osobisty ogląd, że powstanie podziału środowiska studenckiego wynikało nie tylko ze stopnia bezkompromisowości w ocenie historii Polski po 1945 roku lub uległości i stopnia uczestniczenia w systemie komunistycznym. Nie było ono również prostym przedłużeniem podziału na broniących systemu PRL-owskiego i go zwalczających przed 1980 rokiem. Tym bardziej z takiego podziału nie może wynikać aspirowanie świeżo upieczonego studenta do jednej lub drugiej grupy – chociaż ważne bywały doświadczenia rodzinne. Większość osób wpisujących się od października 1980 roku do NZS-u wpłynęła tam na fali entuzjazmu tamtych chwil. W trakcie „karnawału Solidarności” byli to także działacze SZSP – głównie szczebla wydziałowego, którzy dość powszechnie aktywizowali się w szeregach NZS-u. Najczęściej stanowili oni frakcję racjonalną i konstruktywną w szeregach nowej organizacji, wynosząc z wcześniejszych doświadczeń z SZSP rozumienie potrzeby zamknięcia spontaniczności naturalnej dla wieku studenckiego, w organizacyjne ramy formalnych struktur statutowych. Często także posiadali już doświadczenia procedowania rozmaitych uzgodnień, negocjowania różnych przedsięwzięć i inicjatyw ze strukturami „władzy” – uczelnią wyższą oraz z systemem decyzyjnym (zależnym finalnie od struktur Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Od tamtej rzeczywistości nie było ucieczki. Natomiast uczestnicy struktur SZSP od szczebla Rad Okręgowych i Rad Uczelnianych większych uczelni po Radę Naczelną SZSP, byli już często wytrawnymi graczami „gier salonowych”, umiejętnie lawirującymi w gabinetach komitetów PZPR wszystkich szczebli, wygrywającymi różne istotne dla środowiska studenckiego tematy, uzyskując dzięki swojej pomysłowości i aktywności różne „stopnie swobody” dla studenckiej kultury, turystyki, spółdzielczości, dla spraw socjalno-bytowych czy naukowych.

Rzucać kamieniami czy ocalać co się da?
Stan wojenny był przykrym zimnym prysznicem wskazującym po raz kolejny w historii Polski od 1945 roku, że od tego systemu nie ma ucieczki. Niezależnie od zmurszenia jego podstaw on ciągle trwał dopóki zwieńczeniem tego systemu było stado mastodontów na Kremlu. W mojej osobistej ocenie, koledzy z NZS przekonali się o tym w sposób znacznie bardziej dramatyczny bo osobisty, by nie rzec „duchowy”, podczas gdy koledzy z SZSP bardziej w sposób organizacyjny, by nie rzec „materialny”. Zimny prysznic dla gorących entuzjastów był tym bardziej zimny. Chłodni pragmatycy ze „starych” struktur studenckich przyjęli mentalnie stan wojenny jako dramatyczną konsekwencję przeciągnięcia struny. Jednak i jedni i drudzy w pewnym sensie stracili wszystko – zdelegalizowano obie organizacje. Paradoksalnie, mniej stracili ci z NZS-u – nigdy do legalności czy nielegalności działań nie przywiązywali wagi. Ci z SZSP mieli poczucie odpowiedzialności za zbudowane struktury i „firmy” studenckie przez wiele pokoleń akademickich w PRL-u. Jednocześnie powstał niebywały rozgardiasz – kluby studenckie próbowały wznawiać działalność w strukturach organizacyjnych administracji miejskiej, po studencką bazę turystyczna zaczęły wyciągać ręce przyuczelniane komórki ogólnopolskiej struktury Akademickiego Klubu Sportowego czy też „państwowe” biura turystyczne i administracje uczelni, koła naukowe w naturalny sposób zaczęły wracać „na łono alma mater”, struktury samorządowe w domach akademickich były wchłaniane przez administrację uczelni. Ten proces z każdym miesiącem narastał – byt instytucji studenckich zaczął topnieć, dająca podstawę autonomiczności w „zewnętrznej dyktaturze proletariatu” dotychczasowa ciągłość ich istnienia zaczęła się rwać. Zaczęła narastać wśród różnych osób związanych z tymi instytucjami studenckimi potrzeba odtworzenia tego specyficznego, autonomicznego „ekosystemu” w systemie reżimowego nonsensu „dorosłego świata” PRL-u. Po wznowieniu zajęć na uczelniach w marcu 1982 roku, mimo powszechnej „smuty”, trwało wrzenie koncepcyjne i poszukiwanie kontaktów wśród podobnie myślących i podobnie uwarunkowanych. W takiej atmosferze zaczęły tworzyć się struktury poziome. Osobiście, po doświadczeniach strajku studenckiego zakończonego pacyfikacją 13 grudnia, nie widziałem sensu w poddawaniu się emocjom na demonstracjach rocznicowych. Uważałem, że budowanie struktur i poszukiwanie warunków dla ich autonomii jest lepszym rozwiązaniem niż spotykanie się w wąskim gronie w konspiracyjnej atmosferze niemocy. Tak trafiłem w wir kontaktów pod szyldem Nowa Organizacja Akademicka (NOA).

Koncepcja struktury otwartej.
W grupie pracującej nad NOA zrodziła się koncepcja budowy organizacji o otwartej strukturze organizacyjnej. Była ona trudnym wyzwaniem dla działających dotychczas, a na samym Kongresie zagroziła jego zerwaniem. Koncepcja ta jednak zwyciężyła, a „towarzysze” chyba nie do końca się zorientowali. Organizacja bez organizacji przetrwała w dokumentach Kongresu Założycielskiego nowego ZSP. Struktura ZSP a.d.1982, pod względem formalnym, nie miała nic wspólnego ani z Socjalistycznym Związkiem Studentów Polskich, ani z dawnym (sprzed 1973) Zrzeszeniem Studentów Polskich. Podstawą „starych” struktur była hierarchiczna piramida, podczas gdy podstawą organizacyjną ZSP zawiązanego w listopadzie 1982 roku była Studencka Grupa Aktywności. SGA mogły mieć wymiar wydziałowy, uczelniany, regionalny (środowiskowy) ogólnopolski. W ten sposób tworzyła się organizacja bez struktur statutowych typowych dla każdej organizacji w PRL – od działkowców do PZPR. Nawet podziemna Solidarność i NZS odtwarzały struktury normatywne dla państwa socjalistycznego. Struktury takie – obojętnie czy w sporcie czy w spółdzielczości czy w kościele – odpowiadały komunikacji ze zhierarchizowaną władzą zamordyzmu. ZSP przez kilka lat po 1982 roku budowało wspólnotę funkcjonalnych branż – zgodnych z potrzebami innowacyjnej (dziś byśmy tak powiedzieli) społeczności studenckiej. Sejmiki kultury, turystyki, działaczy socjalno-bytowych, dziennikarzy studenckich zrzeszając podstawowe ogniwa – Studenckie Grupy Aktywności, były przede wszystkim forum kontaktów, przepływu idei i „sposobów przetrwania”, a przy okazji ich formalną reprezentacją – pod mecenatem i sztandarem ZSP. To powszechne „wiecowanie” w łonie organizacji podejmowało decyzje strategiczne i wybierało władze ZSP. Dzięki takiej strukturze udało się odbudować istotną siłę w podzielonej i rozdartej społeczności akademickiej, która wszak była tylko częścią całego, podzielonego społeczeństwa. W tamtych czasach struktura działająca w obrębie ciągle jednak dość autonomicznego środowiska akademickiego była w stanie stworzyć organizację bez organizacji.

Członkostwo w ZSP było następstwem aktywności na poziomie podstawowym.
Studencką Grupę Aktywności nazywał statut ZSP grupę osób działających w obrebie jedengo celu – były to studenckie kluby kulturalne i turystyczne, schroniska (tzw.chatki), koła naukowe, grupy działających na rzecz spraw socjalnych studentów (rady wydziałowe, rady mieszkańców domów studenckich) i inne „grupy celu”. Z kolei SGA tworzyły tzw Sejmiki na różnych szczeblach (uczelniane, okręgowe, ogólnopolskie). W strukturach tych kwitła samorządność – wszyscy się jej uczyli, rozumieli, była największą wartością. Jednocześnie uczestnictwo w działaniu Klubu Studenckiego, organizacja zleceń dla spółdzielni pracy czy schroniska górskiego, albo organizacja rajdu turystycznego, czy festiwalu, albo wyprawy płetwonurków lub adwokatury studenckiej nie wymagał deklarowania się za czy przeciwko komunie. Stąd nieustający slogan o apolityczności ZSP. Zrzeszenie tym sposobem reprezentowało aktywnych, często w pełni świadomych, że w istniejącym systemie nie ma miejsca na oficjalną, normalną niezgodę na nienormalność. Oczywiście ulotność tej struktury walczyła z tradycyjnym podejściem ówczesnego systemu do każdej organizacji i oczywiście ostatecznie w tamtych uwarunkowaniach musiała z biegiem czasu poddać się bo nie było szans na budowę obywatelskiego społeczeństwa alternatywnego dla systemu. Równoległości życia społecznego sprzyjał jedynie kościół. Koledzy, którzy knuli w podziemnym NZSie tkwiąc w biało-czarnych schematach, uważali nas za ZSyP, twierdząc, ze jesteśmy elementem systemu komuny. W tej atmosferze, pod naporem oficjalnych struktur władzy, z biegiem lat ZSP przekształcało się na powrót w sztywną organizację, odtwarzającą struktury schyłkowej już komuny, stając się coraz mniej atrakcyjna instytucją dla środowiska studenckiego. Ostatecznie, po zmianie systemowej po 1989 roku ZSyP przestał być potrzebny studentom.

A może koncepcja organizacji bez organizacji ma dziś szansę?
Dzisiaj internet odtwarza tamtą, branżową strukturę. Struktura samoczynnie (jak kiedyś sejmiki branż ZSP) komunikuje się bo komunikacja ta wynika z realnych potrzeb komunikujących się i z możliwości technicznych. Dziś odbywa się to za pomocą internetu, a na końcu komunikacji jest „iwent”: festiwal, zbiórka, demonstracja…
Nie bez powodu przypominam te zamierzchłe wydarzenia. W mojej opinii dziś SLD to niegdysiejsze SZSP. Oczywiście nie wprost, ale ciągle mamy z jednej strony „cos starego i trudno reformowalnego”, funkcjonującego pod presją i z „dorobiona mordą”, a z drugiej jakąś „chmarę aktywności” mieszczącą się w nurcie lewicowym, pragmatycznym, postępowym, liberalnym światopoglądowo. Niegdysiejsza sytuacja dotyczy dziś to tego co dzieje się na lewicowo-progresywnej stronie społeczeństwa. Znowu coś się skończyło – to coś musi się zacząć. Żeby nie było falstartu musi być pomysł na to zorganizowanie. I znowu jest potrzeba zebrania się do kupy bo idzie wielka akcja zawłaszczania – tym razem kapitału ludzkiego. No i trzeba przerwać polityczny system wodzowskich i wprowadzić debatę do partii! W Ordynackiej jest wciąż sporo osób, których aktywność w organizacji studenckiej przypadała na czasy m.in.1982 roku. Ten sposób budowania otwartej struktury jest nam bliski bo sama Ordynacka ma, przynajmniej literalnie, charakter otwarty. Być może jeszcze się to przyda?

Wojciech Kurdziel