FETYSZYZM

Głośny pół wieku temu spór między E.P. Thompsonem a Leszkiem Kołakowskim został dziś zapomniany. Niesłusznie, ponieważ ówczesne konflikty korespondują z aktualnymi.

Leszek Kołakowski

Kołakowski, wygnaniec ze świata marksizmu sowieckiego, stał się nie tylko rewizjonistą, ale po emigracji przeszedł na konserwatyzm, pod koniec życia zaś zajął pozycje reakcyjne. Jego los koresponduje więc z losem późnej polskości, która po 45 latach „realnego socjalizmu” i trzech dekadach „kontrreformacji” konserwatywno-liberalnej przyjęła postać skrajnie reakcyjną.
Rządy PiS jawią się jako logiczny rezultat tego procesu.
Warto w tym kontekście odkurzyć Thompsona („List otwarty do Leszka Kołakowskiego” z 1973), bo był on wybitnym historykiem, a zarazem doświadczonym (i rozczarowanym) działaczem brytyjskiej partii komunistycznej (wystąpił z niej w 1956, po inwazji ZSRR na Węgry). A jego krytyka ma walor ponadczasowy — i również autokrytyczny. Jej obiektem jest aktywista zaangażowany w ruch na rzecz progresywnej zmiany zastanego porządku społecznego. W sytuacji, gdy wytęskniona zmiana nie następuje, działacze ponoszą porażki, a liderów kompromitują błędy teoretyczne oraz praktyczne wypaczenia — wykształcają się dwie postawy modelowo reakcyjne.

Dwie modelowe, reakcyjne postawy

Pierwsza to specyficzny „empiryzm”.
Pojawia się on tam, gdzie wielka idea traci wiarygodność i skuteczność. Zastępuje ją „religijne” (pełne pobożnych życzeń albo klęczących lęków) zapatrzenie w statystyki i słupki poparcia. Pojawia się kult sondażu i doraźnej kalkulacji. Perspektywiczne planowanie, śmiały futuryzm — tracą rację bytu. Liczą się tylko układy sił kształtujące ciasne horyzonty chwili obecnej.
Druga zła postawa to „woluntaryzm” – negatyw empiryzmu.
Faktyczną niemoc kompensuje on fantazjowaniem o własnej sprawczości. Wierzy w moc woli, która przy pomocy kilku doktrynalnych zaklęć zmusi realia do pożądanej zmiany — w jednym cudownym momencie. Jednak „czysta wola” kreuje tylko mity, a nie rewolucje (twierdzi Thompson).
W latach 70. XX w. sowiecki marksizm i „realny socjalizm”, dominujące w ZSRR i „krajach demokracji ludowej”, ugrzęzły w empiryzmie: biurokratycznym, autorytarnym, skorumpowanym.
Z kolei zachodnia kontrkultura, a wraz z nią nowa lewica, odleciała (zdaniem Thompsona) w mitologizujący woluntaryzm.
A we współczesnej Polsce? Aplikując powyższy model, można powiedzieć, że konserwatywny liberalizm stał się ideologią empiryczną. Wczoraj zamiast „wizji” promował „ciepłą wodę w kranie” — dziś ugrzązł przy słupkach. One jednak nie są źródłem nadziei, raczej paraliżują. Tusk stoi w miejscu, bo boi się gniewu słupków. Polskę „liberalną” paraliżuje strach przed wściekłością sondaży, ponieważ nadwiślański „liberalizm” nie ma żadnych konkretnych idei, które mógłby tej wściekłości przeciwstawić.
Ten tchórzliwy fetyszyzm — patrzenie w słupki jak w kobrę — ma swoje przeciwieństwo w fetyszyzmie progresywnym. Nierzadko szuka on źródeł mocy w reakcyjnych mitach tożsamościowych. Dlatego np. pod parasolem ruchu feministycznego kultywuje się płeć biologiczną, antagonizuje mężczyzn w imię genderowego rasizmu, fantazjuje o cudotwórczej feminizacji – a tendencji tej towarzyszy ucieczka od realnej polityki w świat baśni. W rezultacie zamiast zaangażowania w propagowanie politycznej samoorganizacji (np. w przekształcenie Strajku Kobiet w skuteczną formację kadrową) — propaguje się klechdy o „miłości z drzewami” i „siostrzeństwie czarownic”. W tej sytuacji woluntaryzm emitujący czcze pogróżki w stylu „Idziemy po was!” — skazuje sam siebie na porażkę, którą dawno temu zmetaforyzował Hegel. W jego pismach „czarownica” i „szaman” personifikowali bezsilność. Zaklinacze pluli w stronę nieba i atakowali nożami chmury z wiarą w siebie tym większą, im mniejsza była ich realna sprawczość. Tymczasem tu i teraz Ipsos informuje, że rok po manifestacjach „Wypierdalać!” kobiety we wszystkich kohortach wiekowych deklarują skokowy wzrost poparcia dla PiS. Portal OKO.press kwituje tę informację szyderczym rymem: „O rety, tę władzę uratują kobiety?”

Kadrowa partia progresywna lekiem na fetyszyzm empiryzmu i woluntaryzmu

Istotą fetyszyzmu jest koncentracja na subiektywnie wyolbrzymionych częściach danego układu (np. społeczno-politycznego). Sprawia ona, że tracimy z oczu ideę obiektywnej całości (np. gruntownej reformy państwa, ustroju, systemu). Nastepuje koncentracja albo na reagowaniu na statystyczne trendy, albo wiara w cudowne następstwa własnego entuzjazmu.
W Polsce obóz demokratycznej opozycji musi rozprawić się z własnym fetyszyzmem — skończyć z wyolbrzymianiem subiektywnych obaw (tchórzliwy „empiryzm”) i bałamutnych nadziei (kompensacyjny woluntaryzm).
Pomóc w tym może inwestowanie energii w ideę kadrowej partii progresywnej. Tylko ona zdoła skutecznie zobiektywizować aspiracje subiektywnych tożsamości konstytuujących obóz opozycyjny. Ponieważ w Polsce nie istnieje liberalizm z prawdziwego zdarzenia (mamy tylko jego chadecką podróbkę) – jedynie lewica może zasilić taką partię autentyzmem ideowo-kadrowym.
Ten, kto nie pomaga kształtowaniu prawdziwie progresywnej partii – ratuje władzę Kaczyńskiego.