NIEBYT

Susza

Od czasu klęski wyborczej SLD w 2005 roku wiadomo, że lewica będzie musiała przeżyć dłuższy marsz przez pustynię, jeśli chce ponownie zakorzenić się na scenie politycznej, a następnie wrócić do władzy. Doświadczenie wyobcowania, wygnania, kluczenia we wrogim otoczeniu lub w społecznej próżni – jest nierozerwalnie związane z tym procesem.

NIEBYT

Myślenie o doświadczeniu wygnania, błądzenia i poszukiwania drogi w pierwszy dzień listopada może być konwencjonalne albo innowacyjne. Naznaczone zwyczajową melancholią lub ożywione przekorną nadzieją. Metafory takiej nadziei często znajdujemy w rejonach nieoczekiwanych. Na przykład w poezji Bolesława Leśmiana, który był z jednej strony myślicielem typowo „zadusznym”, z drugiej natomiast przekornym i wywrotowym, bo sabotującym nie tylko własną melancholię, lecz także systemową „pogrzebowość” kultury polskiej.
Dialektyka ta dochodzi do głosu w dwóch wspaniałych poematach poświęconych prorokom obcującym z nicością. W pierwszym Budda, pragnący nicości, uświadamia sobie, że nie znajdzie jej nigdzie. Bo nawet „w miazgach mdłych mroków, w tumanach bez treści” ciągle coś jeszcze „szemrze i szeleści”. Popiół pośmiertny, zamiast spocząć w grobie, „w inny kształt się wciela”. „Psem staje się u wrót obcego mu domu” albo „przypłodkiem tygrysim”.
Figurę „przypłodka” można by uznać za metaforę potencjału (ewoluującego od formy zalążkowej do rozwiniętej), będącego gotowością na odważną konfrontację z nie/bytem. Gotowość tę uosabia bohater drugiego poematu – prorok Eliasz. Po śmierci, zamiast szukać Boga, by spocząć posłusznie na jego łonie, decyduje się na tygrysi skok w nicość. Szuka nieistnienia; goni za wolnością, dzięki której żaden Bóg nie będzie już do niczego potrzebny. „Chcę być tam, gdzieś nie bywał!” – oznajmia Bogu. „Chcę walczyć sam na sam!” Ale nie znajduje wolności, ponieważ nie może uwolnić się od resztek dotychczasowego bytu. W rezultacie Eliasz dochodzi do tej samej prawdy, co Budda. „Nawet w miazgach padliny, w tumanach bez treści / Jeszcze coś się mocuje, krząta i szeleści!”
Czy zatem odważny duch ponosi porażkę? Wyzwolony z dotychczasowego życia jedynie częściowo, grzęźnie w jego resztkach; niezdolny ani do całkowitej śmierci, wyzwalającej z dawnych zależności, ani do odrodzenia się na nowo — musi utknąć na pustyni pośmiertnego półrozpadu? Niekoniecznie, ponieważ poemat kończy się zaskakującym zwrotem akcji. Oto prorok „w bezświat się wychylił”, by „jasnowidztwem ostatniego tchnienia” poznać coś radosnego. Co? „Możliwość innej jawy niż jawa istnienia!”

A więc nadzieja.

Zamiast półprzytomnej wegetacji w próżni — nowa przytomność, będąca alternatywną „jawą”. Nie tyle proste odrodzenie w kolejnym wcieleniu, oznaczające powrót do starego świata podporządkowany starym prawom (takim odrodzeniem byłaby np. tradycyjnie pojęta reinkarnacja) — ile możliwość zaistnienia na zupełnie nowych zasadach.
Medytujmy w ten sposób o marksizmie. Dziś wydaje się, że to miazga, padlina bez treści, zdechły pies pokutujący na wysypisku – ale popiół ten wcale nie musi żebrać o zgodę na comeback z zaświatów. Jeśli drzemie w nim tygrysia zdolność do reintegracji, to prędzej czy później marksizm zreorganizuje sam siebie. I przeskoczy z niebytu do centrum teraźniejszości (jeśli nie jutro, to pojutrze) – nie pytając o zgodę starych guślarzy i cerberów.
Wówczas, dzięki nowej jawie i jej prawom, również święto zmarłych przekształci się w coś innego. W karnawał nowej witalności.