Też byłem w Babadag

Stasiuk jest autorem „snującego się zapisu o klimatach europy środkowej” – jak zrecenzował jeden mój znajomy książkę pt. ”Podróż do Babadag”. Stasiuk, chyba tak jak ja, kocha Mitteleurope. Bo ja mogę powiedzieć, że ją kocham.

Babadag

Inny mój kolega też zdradził mi onegdaj: „ja kocham ten kraj”. A zaraz wyjaśnił dlaczego i jaki to kraj: „…powiedz gdzie jest taki drugi, w którym facet rano wśród kolejki po bułki, powie poproszę 2 wina, a po chwili namysłu – nie 4 – przecież idę do pracy…” Zgadzam się z nim, ale tylko w części – że kocham, ale czy nie ma takiego drugiego?
Taki kraj jest wszędzie tam, gdzie jest to miejsce, które Niemcy nazywają właśnie Mitteleurope. a co oznacza oprócz terminu geograficznego także stan – taką Europę, ale nie całkiem.
Z grubsza to jest chyba obszar byłych Austrowęgier. Jeśli tak, to czuje się świetnie jako Austrowęgierczyk. Tak samo świetnie i we Lwowie i w Bratysławie, tak samo dobrze na Śląsku jak i w Dobrudży. Bo chociaż ani dzisiejszy Śląsk, ani Dobrudża nigdy do Austrowęgier nie należały, to jednak one są Austrowęgierskie – tak samo jak Krym i Odessa, Białostockie czy Macedonia. Taka jazda na drugim biegu – no, góra trzecim. Można wrzucić i czwarty, a jak sytuacja zmobilizuje to i „piątkę” się wrzuci, tylko po co? Że komuś tam „we Warszawie, albo we Wiedniu” zależy, że mu żyły wyszły na szyi? Może mu i „żyłka pęknąć”, a my sobie posiedzimy, napijemy się, pogadamy…

Z tych to wspaniałych powodów, w ostatnich dniach sierpnia 2006 roku, wsiedliśmy we czwórkę do volvo przyjaciela i ruszyliśmy. My: mój przyjaciel z żoną i ja z córką…

… do Rumunii w roku jej przyjęcia do Unii

Przez przełęcz Dukielską, przez skrawek Słowacji, którego nawet nie poczuliśmy jadąc „ciurkiem” – do Tokaju. Już na Słowacko-Wegierskiej granicy (jeszcze nie „weszło” Shengen!) zderzyliśmy się z czymś niezwyczajnym. Na granicy, po węgierskiej stronie, żebracy i „Sla ziewecka dobrasiecka, dzaiewcynko moja” śpiewał nam cygan gdy zobaczył polskie numery rejestracyjne. Starał się być tak niezwykle przekonujący na początku jak bardzo na końcu był rozczarowany, że nie daliśmy mu nawet 5 Euro.
Tokaj powiedział nam dobry wieczór, a właściwie dobranoc, bo byliśmy tam grubo po 22. Nocleg znaleźliśmy bez trudu i nawet mimo późnej pory zaopatrzyli nas w wino. Chłodne, dwuletnie, białe, wytrawne przyjemnie było wypić w upalny wieczór.
Na koniec pierwszego dnia – rada dla wszystkich wybierających się w te strony – jeśli możecie omijajcie polskie drogi – są najbardziej zatłoczone. Tam straciliśmy najwięcej czasu. Najlepiej od razu „walcie” na Czechy i Słowację!

Rano, po śniadaniu podanym w ramach wykupionego wczoraj noclegu w „Penzio”, obeszliśmy miasteczko, które każdym swoim elementem architektury, wystroju, klimatem informuje, że jest węgierskim centrum wina. To stąd właśnie, przez górzystą Słowację ciągnęły beczki węgrzyna do Krakowa, Przemyśla, Zamościa i Lwowa, a nawet i do Warszawy i Wilna (…i komu to przeszkadzało?). Miasteczko urokliwe i w dobrym towarzystwie można tam spędzić świetnie czas, robiąc wypady po okolicy (są tam np. wspaniałe gorące źródła). Nas jednak ciągnęło dalej

… w Karpaty

Przez Satu Mare, które jest północną „bramą” Rumunii, wjechaliśmy do kraju przedziwnego i całkowicie innego niż Węgry z ich tasiemcowymi i nie do wypowiedzenia nazwami miejscowości na drogowskazach. Z Satu jedziemy do Baia Mare, gdzie zatrzymujemy się, by wreszcie zakosztować tutejszej kuchni. Stylizowana na refektarz Templariuszy restauracja w średniowiecznej kamienicy, z kelnerkami jako tako „kumającymi” nasz angielski, oferuje nie najgorsze wino rumuńskie i dania „średniowieczne”, jest jednak rozczarowaniem.

Mimo niewątpliwego bogactwa rumuńskiej kuchni, gdzie muszą krzyżować się smaki różnych kultur, w każdym zakładzie gastronomicznym jaki odwiedziliśmy w ciągu tych kilku dni, w różnych rejonach, przeżywaliśmy drżenie serca (żołądka?). Może tu? Może teraz? Niezmiennie jednak przeżywaliśmy rozczarowanie, za rozczarowaniem. To jedna z pozostałości czałszeskowego glajszachtowania społeczności i kultur, w jedną, nieistniejącą – rumuńską – oczywiście ludowo-socjalistyczną. Mieliśmy jednak nadzieję w otwarciu się na świat i Europę. Ta nadzieja przełamania mamałygowatego socjalizmu realizowała się w sieci komunikacyjnej. Wszędzie widać było inwestycyjne ożywienie związane z przystąpieniem do UE. Podobno wszystkie walce drogowe z NRD były już w Rumunii…

Z Baia Mare jedziemy górzystą okolicą (coś jak nasze Beskidy, ale nieco wyżej- 900-1400m npm.) do Sigetu Marmatei. Bez trudu znajdujemy hotel „Corona” w samym centrum, który tak jak całe 50-tysięczne miasto czekał na lepsze czasy. Dwuosobowy pokój ze śniadaniem – to ok.25 Euro – my za 35 dostajemy „apartmą”, w którym, wg mojego przyjaciela „…musiał nocować co najmniej raz towarzysz Causescu z małżonką…”. Wystrój apartamentu zdaje się to potwierdzać.
Po przyjeździe natychmiast udajemy się do pubu obok hotelu (miasto jest ciemne jak nasze miasta 20 lat temu), gdzie degustujemy miejscowe piwa (niezłe) i brendy (wyborne – szczególnie najdroższe Brancovanu). Degustacja zakończyła się w pokoju hotelowym spożyciem (acz nie do końca !) butelki zupełnie przyzwoitego brendy imitującego etykietą i butelką grecką Metaxe.
Dopiero rano, przy śniadaniu, przez wielkie okno sali restauracyjnej widać, że to miasto targowe, czasy świetności przeżywać musiało za Franza Josefa. Chociaż i dziś przemyt chyba mu służy. Tuż na północy Ukraina, za Tisą (Cisą). Na bazarach w okolicy mnóstwo towaru nie tylko z północy, ale i z bliższego i dalszego wschodu – z Rosji i z Chin. To tylko potwierdza fakt globalizacji. Trudno znaleźć miejscową produkcję – może tylko kapelusze, które tutaj wszyscy mają 2 numery za małe i noszą je na czubku głowy.

Muramaresz to pogranicze rumuńskio-ukraińskie. Nie doszukujcie się tu jednak jakichś „wpływów”. To zupełnie inny kraj. Tamtejsza architektura, melanż religii i wierzeń, zwyczaje, ludzie jest „muramareszowska”. A najbardziej ich płoty i bramy do obejść. Specjalną atrakcją jest cmentarz w Sapanta, na zachód od Sighetu, za północnym skrajem pasma Pietri (1222m npm).

Do Sapanta nie dojechaliśmy, wiedzeni dalej na wschód, do rejonu XII wiecznego osadnictwa w krainie Muramaresz, którego świadectwem jest dziś kilka monastyrów z tego okresu. W dolinie wciśniętej między pasma Muntii Maramuresului a Muntii Tiblesului, monastyr za monastyrem – różowy, błękitny, złoty…
Pokonując serpentyny górskich dróg zwiedziliśmy dwa z pięciu słynnych monastyrów: Voronet (błękitny) i Humor (róż indyjski). To dolina rzeki o swojsko brzmiącej nazwie Viseu, która dalej z Cisą płynie poza Rumunię, ale także do Dunaju. Na tym paraleli językowych nie koniec. Podobno stąd, z tej części Karpat, pochodzą słowa wydawałoby się całkowicie „nasze” – bryndza, płot… To podobno stąd wędrowali pędząc stada owiec zasiedlający nasze Beskidy.

Muramaresz to pierwsza rumuńska kraina, która jest sama dla siebie wyznacznikiem i nie ma nic wspólnego ani z Huculszczyzną, ani z Węgrami, ani z wpływami polskimi czy ukraińskimi, ani z niemieckimi – mimo, ze wszystko to także tam znajdziecie. To kraina bez wątpienia rumuńska – na tyle rumuńska, na ile w ogóle takiego terminu można używać. Bo regiony Rumunii to nie regiony Polski. Wystarczy choćby pobieżnie przebiec po historii tego skrawka Europy. Tej „trochę Europy”…
Dwa dni w podróży przez Muramaresz to stanowczo za krótko. Przydałby się drugi dzień pobytu. Ale chcemy zobaczyć jeszcze w północnej Rumunii kolejną górską krainę…

Z doliny Viseu wyżej i wyżej, kręta droga nr 18. Jedziemy pod górę, z poziomu ok.700-800 m npm, do przełęczy Prislop na wysokości 1418 m npm. Wokoło szczyty Calaului (1603), Toroiaga (1930), Puzdrele (2188), Ineu (2279) i Pietrosul (2303). Pomiędzy nimi jedna dolina na zachód, przed Prislopem – Viseu, na wschód od Prislopu – rzeki Bistrija. Na Prislopie znajduje się wododział miedzy zlewiskiem Dunaju, a Seretu, a i Viseu i Bistrija, bardzo szybko przybierające wodą z górskich potoków, odpowiednio do tych wielkich rzek w rezultacie trafiając.

Na przełęczy Prislop obowiązkowo robimy postój – kawa zakupiona w tutejszym schronisku, tuż obok wylewanego właśnie z żelbetu kościoła grekokatolickiego. To najbardziej zauważalny obok „wypasionych fur” widomy znak nowych czasów w Rumunii. Przez cały okres podróży widać będzie odreagowanie tamtych causzeskowych czasów przez wszystkie obrządki, włącznie z muzułmańskim, objawiające się remontami i budowami świątyń.
Doliną Bistriji wciąż w dół i w dół docieramy do drogi nr 17, odbijając nią całkowicie na wschód wjeżdżamy do Bukowiny. Ten rolniczy obszar miał zawsze wielkie znaczenie gospodarcze. Dlatego zajmuje on miejsce i w naszej, polskiej historii. Region ten to płaskowyż z górami na horyzoncie, poprzecinany licznymi rzekami podobny do naszego Podhala – tyle, że kilkakrotnie większy.
Po drodze zatrzymujemy się w Gura Humurului. Makabryczne, prowincjonalne miasteczko. Było tam wszystko to, co może negatywnie kojarzyć się z Rumunią: bieda-bazarek, zdemolowane, paskudne bloki, dzieci kąpiące się w potoku zamienionym w wysypisko śmieci, atmosfera rozpadu i rozkładu… Nie zatrzymujcie się tam ani na chwilę – są ciekawsze miejsca w tym kraju. Aha, i uważajcie na bydło na drogach. Nie brałem poważnie zapisów w przewodnikach – ale rzeczywiście, w porze powrotu z pastwisk, tuż przed zmrokiem bydło samo wraca do obór biegnąc truchtem po krętych szosach, …i konie też!

Do Suczawy wjeżdżamy o zmroku. Znajdujemy nocleg w hotelu „Bukowina”, którego „urodę” silosu rakiety termojądrowej możemy ocenić dopiero następnego dnia. Po ulokowaniu się, wybieramy się do miasta w poszukiwaniu miejsca na kolację. Mimo dopytywania się w Recepcji o jakąś regionalną atrakcję kulinarną, nie uzyskujemy żadnych wskazówek, poza informacją, że w restauracji hotelowej trwa wesele. Śródmieście około 100-tysięcznego miasta wieczorem ciemnawe, robi jednak wrażenie dużego miasta. Po wędrówce ulicami Suczawy, trafiamy do włoskiej restauracji, której nie powstydziłby się Mediolan czy Londyn. Tajemnica wyjaśnia się później. W trakcie całego wojażu po Rumunii spotykaliśmy bardzo liczne samochody na włoskich tablicach rejestracyjnych. To efekt, nie jak by się zdawało włoskiej turystyki w Rumunii, a zarobkowej emigracji Rumunów głównie na tym kierunku. Tak i włoska restauracja w Suczawie to efekt mody pokazywania standardu europejskiego przez bliską kulturowo Italię, trochę podobne do naszego, polskiego zachłyśnięcia się towarem z niemieckiego „Aldika” na przełomie lat 80/90. Niemniej kolację odnotowaliśmy w pamięci jako udaną.

Rano ruszamy obejrzeć najstarszą zachowaną część miasta – suczawską twierdzę. Imponująca, stylistyką przypominająca zamek chocimski na Podolu, wzniesiona w czasach największej chwały Hospodarstwa Wołoskiego, „gdy za Olbrachta wyginęła szlachta”. Król Polski chcąc podporządkować sobie krainę sąsiadującą z polskim Podolem, wybrał się z ówczesnym pospolitym ruszeniem i niestety poniósł klęskę, po której nigdy już ta formacja wojskowa Rzeczpospolitej, pomna wołoskiej wyprawy, nie brała udziału w żadnej wojnie zewnętrznej. Nie koniec na tym historycznej barwności tego regionu i polskich akcentów! Ruszamy na południe, z każdym kilometrem odczuwając zmieniający się nie tylko krajobraz, ale i zauważając zmiany w architekturze, a nawet sposobie życia ludzi. Często w jednej małej miejscowości mijamy grekokatolicki kościół, zbór protestancki, cerkiew prawosławną, a i meczet się w tym wszystkim zdarza. Ciekawy jest udział w tej mozaice Cyganów, których letnie obozowiska spotykaliśmy w Bukowinie i Muramaresz, ale tu miewają oni swoje pałace, do których porównanie tych pod Zgierzem czy Ostrowem Wielkopolskim czyni z tych ostatnich jakieś pretensjonalne budy.

W stronę Delty doliną Seretu

Seret to rzeka, której źródła znajdują się po ukraińskiej stronie Bukowiny. Po połączeniu z Suczawą, później z Moldovitą i Bistriją staje się żeglowny od Bacau, aż do ujścia do Delty Dunaju. Oczywiście, gdzie Seretowi do Dunaju, niemniej nazwa Delty jest krzywdząca. Jadąc od Suczawy przez jakieś 120 km ciągle czekam, aż zobaczę Seret. Najlepiej Seret w Bacau. Czyż zestawienie tych geograficznych nazw nie brzmi sienkiewiczowsko? A potem Seretem aż do Galaty, gdzie Pan Zagłoba podobno oko stracił w drodze „do” czy „z” Ziemi Świętej… Więc jedzie się i jedzie, płasko jak na stole. I tak po wschodniej stronie aż po horyzont, bo po prawej, zachodniej stronie zawsze są góry raz bliżej raz dalej.
Rumuńska Mołdawia nie jest całkowitą Mołdawią, ale tak naprawdę to jest ta właściwa, historyczna kraina. To tu znajdują się dwa najważniejsze miasta historycznego Hospodarstwa Mołdawskiego – Suczawa i Jassy. Do jej spoistości brakuje Balti (Bielce) i Chisinau (Kiszyniowa), które pozostały w Besarabii (Republice Mołdawskiej) po wschodniej stronie Prutu – kolejnej wielkiej rzeki tego rejonu wpadającej do Delty.

Przez Dunaj

Z każdym kilometrem naszej eskapady widać bardziej, że Rumunia to kraj niejednorodny. Zjazd z karpackich wysokości, wjazd do doliny Seretu, wstąpienie pomiędzy zlewisko Seretu i dolnego, ostatniego odcinka Dunaju tuż przed Deltą, to zupełnie inny kraj w każdym z tych miejsc. Całą tę trasę pokonaliśmy po niezłej drodze, jeszcze nie tak zatłoczonej jak polskie. Późnym popołudniem dojechaliśmy do Braila, gdzie zaliczyliśmy promową przeprawę przez Dunaj. A precyzyjnie rzecz ujmując jedno z jego koryt. Spójrzcie na mapę tego regionu. Tak naprawdę rozlewiska Dunaju zaczynają się dziesiątki kilometrów wcześniej na południu, na rumuńsko-bułgarskiej granicy. Dunaj rozszczepia się na wiele koryt i nurtów, płynie wręcz bagniskami i rozlewiskami, które odgradzają Rumunię, a właściwie Wołoszę i Siedmiogród od Morza Czarnego. To tak jakby Żuławy ciągnęły się od Warszawy do Elbląga. Te ilości wody są nie do opanowania. Niemniej przeprawa nawet przez część tej wielkiej wody jest ekscytujaca – szczególnie gdy zauważasz, w jaki sposób się to odbywa. Samochody wjeżdżają na stalową platformę-ponton, a pcha ją kuterek, za którego 5 Euro bym nie dał. Ponieważ wiele, wiele razy w życiu przejeżdżałem promem przez Świnę, która jest właściwie cieśniną między Wolinem a Uznamem, to porównanie samo się cisnęło. Wody Dunaju tak jak Świny nie mają jakiegoś dynamicznego prądu, ale jest ich ze 2-3 razy tyle! Dystans niewątpliwie 2 a może i 3 razy dłuższy do drugiego brzegu. Przy wjeździe i zjeździe z promu widać jak ta rzeka może przybrać. Odsłonięty fragment brzegu to przedłużenie mulistego dna. Za przeprawą tylko patrzeć nowej krainy – i tak jest. Wjeżdżamy do niej. Widać to po minaretach po wsiach i architekturze, bardziej podobnej do tej, którą pamiętam z Krymu, niż tej którą widziałem choćby w Muramaresz czy Bukowinie.

Dobrudża zaczyna się za Brailą, aż do Macin, gdzie jedzie się w poprzek dunajskiego rozlewiska. Ni to ziemia, ni to woda. Dużo oczek wodnych, jeziorek. Ale później znów pojawiają się ku naszemu zaskoczeniu góry! Nie Karpaty, raczej takie jak Świętokrzyskie, tyle że bez lasów. Munti Macinului, a pod nimi step.
Tu także kiedyś była tatarska Orda. Orda Dobrudzka. Widać to w skośnookich twarzach niektórych mieszkańców mijanych wsi. Podobno 0,2% obywateli Rumunii to Turcy, Tatarów rocznik statystyczny nie stwierdza – ale oni tam są. A we wsiach niemal wyłącznie minarety. No i osły i konie.

Dojeżdżamy do Tulczy. Szybko wybieramy hotel – podobny jak dziesiątki w Świnoujściu. Wielokrotnie wspominam nadbałtycki kurort w Tulczy. Ale jest inaczej niż w Świnoujściu. Dziwaczne miejsce, bo miasto portowe, a do Morza Czarnego jest w linii prostej około 100 km. Kurort, chociaż plaże nie istnieją. Na bulwarze naddunajskim hotele i restauracje. Wieczorem trafiamy do tawerny na statku zacumowanym do nabrzeża. Po wodzie niesie się rumuńska muzyka z charakterystycznym brzmieniem akordeonu, gdzieś z drugiego brzegu. Koleżeństwo i córka idą na lep tutejszego menu, oferującego zupę rybną. Hmmm… Ja wybieram coś bardziej mięsnego i chyba jestem wygrany. Im przynoszą breję koloru mulistej wody za burtą, z przerąbaną na pół karpiowatą, gotowaną rybą. Ale byli twardzi do końca. Zjedli – …i gorzko żałowali.
Na wycieczkę kutrem po Delcie Dunaju zapisujemy się następnego dnia. Jako zapaleni kajakarze, w każde wakacje zaliczający wodniackie trasy w Polsce, byliśmy szalenie ciekawi jak też ta delta wygląda. Cóż wyprawa interesująca bo może już za zakrętem? Ze szczególną ekscytacją przeżyliśmy spotkanie z przelatującymi pelikanami.

Ale z safari rejs niewiele miał wspólnego. Delta, przynajmniej w tej części, w której byliśmy (a trwało to jakieś 6-7 godzin) okazała się obszarem porośniętych trzciną polderów poprzecinanych „w szachownicę” kanałami, na brzegach których leniwie przeżuwały krowy, a w niektórych miejscach napotykaliśmy mniej płochliwe czaple białe i bardziej płochliwe siwe. Pelikany migrujące tu znad Nilu chyba, żerują na niezliczonych stawach i jeziorach Delty. Miejsca te są jednak niedostępne dla hałaśliwych kutrów wycieczkowych napędzanych terkoczącymi dizlowskimi silnikami.

W koszt rejsu (15 Euro od osoby) wliczony był obiad w śróddelciańskiej stanicy. Podano ryby smażone i gotowane. Pomny wczorajszego eksperymentu gastronomicznego koleżeństwa, wybrałem smażone. Podano także 50% Cujkę, która skutecznie neutralizowała niedoskonałości naddunajskiej kuchni. Towarzystwo, po podanym alkoholu, stało się bardziej towarzyskie, a ten katalizator przełamał wszelkie zahamowania lingwistyczne. Dwoje mieszkańców Wiednia, dwóch Tel Avivu i kilkoro Hiszpanów, byli dopełnieniem składu naszej wycieczki. Rozmawialiśmy z grubsza po angielsku, o wszystkim, ze szczególnym uwzględnieniem zmian w Mittel Europie.

Turecka Tulcza
Meczet w Tulczy

Po powrocie do Tulczy, ruszyliśmy do jej starej, tureckiej części. Znowu charakterystyczna architektura z wyraźnymi orientalnymi motywami. No i meczet. Trafiliśmy akurat, gdy schodzili się wierni staruszkowie. Można przypuszczać, że młodzi albo się asymilują, oddalając się od wiary, albo wręcz po obaleniu Causescu, spakowali się jak bułgarscy Turcy onegdaj, i „wrócili” do kraju przodków lub via Turcja wylądowali prosto w Niemczech.
Tulcza była podobnie jak Galata znajdująca się u ujścia Seretu do Delty, tureckim portem rzecznym. Tędy wędrowali rycerze krzyżowi w stronę Konstantynopola na świętą wojnę w obronie chrystusowego grobu, także z terenów rozbitej dzielnicowo Polski, Czech i Węgier.

 

Później kierunek się odwrócił. To turecki sułtan wiódł tędy z Dobrudży, Bułgarii, Albanii i Serbii janczarów na świętą wojnę z niewiernymi. Potem wraz z osmańskim imperium upadał też handel i transport pogranicza dwóch światów. Niewiele dziś z tego bogactwa zostało w tureckiej Tulczy. Smutna, zapadająca się dzielnica uciekinierów. Trafiamy tam na grecką knajpkę, której właścicielka – rumuńska Greczynka, też planuje wyjazd do Grecji.
Zwiedzanie miasta napawa nas przekonaniem, że wiele tu jest do zrobienia po wejściu Rumunii do Unii. Najbardziej uderzający jest stan instalacji elektrycznych. Z kolei żółte rury gazowe wykorzystywane są na dziesiątki sposobów równoległych do przesyłu gazu – a to jako elementy ogrodzenia, a to jako pergole dla pnączy, a to jako balustrady i elementy ograniczające dostęp do trawników i ogrodów. Inwencja jest porażająca. To słowo wobec kombinacji instalacji elektrycznej jest chyba nie na miejscu.
Wracamy ze smutnej, cichej dzielnicy tureckiej na bulwar. Na jego przeciwnym końcu znajdujemy luksusową (jak na rumuńskie warunki) knajpę, gdzie pocieszamy się befsztykiem i wybornym Brancowanu najlepszym rumuńskim brendy, którego nie uświadczysz poza Rumunią.

Drogowskaz
Drogowskaz

Opuszczamy Tulczę po drugim noclegu w naddunajskim porcie, jedziemy w stronę Constancy, przez kraj Tatarów Dobrudzkich, ale i przez najstarsza kolonię rzymską na północnym brzegu Morza Czarnego. Zanim jednak do antycznej części dojedziemy, droga E87 doprowadza nas do Babadag!!!
Od początku wyprawy, wiedzeni książką Stasiuka, czekaliśmy na ten moment. Niestety Babadag okazało się smutną popegeerowską miejscowością. Trochę bloków i drogowskazy z mitycznym napisem. Nic godnego uwagi. Po zrobieniu zdjęć ruszamy dalej. Później dowiadujemy się, że to region winnic Murfatlar i siedziba instytutu winiarskiego.

Stella Rzymska

Za Babdag zjeżdżamy z głównej drogi na boczną, gdzie znajdują się wykopaliska w Istrii. Kiedyś antyczne miasto portowe, dziś oddalone o kilka kilometrów od linii brzegowej wykopaliska. Upał niemiłosierny leje się z nieba. W pawilonie wystawiającym odnalezione tam elementy wyposażenia i przedmioty użytkowe odnajdujemy atmosferę dawnej antycznej kolonii, trudniącej się handlem zbożem, winem i skórami, żyjącej w ciągłym strachu przed trackimi jeźdźcami pustoszącymi okolice co kilka lat. Cóż, z tamtych epok, w tym regionie, poza nagrobnymi stellami pozostało niestety tylko trackie barbarzyństwo.

Wykopaliska w Istrii – pawilon

Jeszcze koło godziny jazdy i wjeżdżamy w aglomerację Constancy mijając ją samą jej obwodnicą. Z radością dokonujemy zakupów w centrum handlowym M1 Real-Practiker. Na stoisku serów i win deliberujemy najdłużej. Naszą deliberację zauważa rumuński inteligent. Lepszą angielszczyzną od naszej wyjaśnia nam, które z rumuńskich win godne są uwagi.
Sam doczytałem po powrocie, że jest kilka ośrodków winiarskich w Rumunii, ale zasadniczo 2 z nich to tradycyjne regiony produkcji wina: mołdawskie Cotnari słynne z win słodkich i dobrudzki Mulfatlar właśnie w okolicy Babadag, na wzgórzach Macin, gdzie oprócz słodkich, białych win udają się i czerwone, wytrawne.
Nasz informator chciał nam przekazać tę wiedzę właśnie, że tylko w tamtych regionach nie tylko rośnie winorośl, ale i ludzie umieją coś smacznego z niej zrobić. Obecna powierzchnia winnic w Rumunii to ok.200 tys ha. Ale w czasach Causescu było ich ponad 370 tys ha. Rzeczywiście, w drodze przez Rumuńską Mołdawię, a później i w Wołoszy i w Siedmiogrodzie napotykaliśmy zbocza gór z wykarczowanymi winnicami. Komitet Centralny na którymś zjeździe wykoncypował, że Rumunia stanie się konkurentem Francji, Hiszpanii czy Włoch, a już na pewno Węgier, w produkcji wina. Szczepy wybierano na chybił-trafił, a na końcu procesu wychodziły hektolitry octu, chociaż statystyki partyjne wykazywały wysoką produkcję. Cóż litr jest litr, a w każdym hektolitrze jest litrów tysiąc! Teraz karczowane winne chwasty, zamieniane są powoli w szlachetne szczepy, a jak tuszę, ktoś uczy się i winiarskiego rzemiosła.

Obładowani kilkoma gatunkami sera, winami i innymi produktami, wjeżdżamy w teren nadczarnomorskich, rumuńskich kurortów. Postanawiamy zakotwiczyć w Eforie Sud. Po bezskutecznym poszukiwaniu kempingu (mieliśmy ze sobą namioty, a upał był prawdziwie południowy), rozpytywać zaczęliśmy jak najbliżej morza o nocleg w pensjonatach. Niemal za pierwszym razem trafiliśmy. Urocza gospodyni oddała nam we władanie pięterko z kapitalnym tarasem z widokiem na morze, za 10 Euro od osoby na dzień. Poczęstowała nas oryginalną, domowa cujką – ok.60% śliwowicą wskazując, że jej jakość odczytać można po utrzymywaniu się w kieliszku, po nalaniu, „perełek” na obrzeżach powierzchni. Ma to chyba coś wspólnego z gęstością płynu, a i zawartość alkoholu nie jest bez znaczenia.
Po zakwaterowaniu, z oskomą rzuciliśmy się na przywiezione z M1 oryginalne, tutejsze produkty. Szczególnie wyborne było wytrawne, czerwone wino Feteasca Neagra Murfatlar, no i sery – białe, prawdziwe, a nie wędzona plastelina. Coś podobnego w konsystencji i smaku do buncu, albo niewędzonych, świeżych oscypków i to w kilku odcieniach ostrości smaku. Ucztowaliśmy do zmroku, a o zachodzie słońca, gdy upał zastąpiła morska bryza, poszliśmy wykąpać się w Czarnym Morzu. Było świetnie, jak na prawdziwych wakacjach…

Constanca. „Pozdrowienia ze słonecznej Konstancy! p.s. Prosimy o wprowadzenie wyższych nominałów bo pięćsetki nie mieszczą nam się w kieszeniach! Przemytnicy z Polski”. Taką kartkę pocztową zaadresowaną „Tow. Causescu, Bukareszt” wysłaliśmy z grupą znajomych w latach osiemdziesiątych z plaży Constancy. Jak bardzo się tam zmieniło zastanawiałem się gdy następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę z Euforie Sud. Upał nadal w okolicy 40 st.C, ale air condition pozwalało nam spędzić półgodzinny czas dojazdu w samochodzie, a później bryza w największym (jedynym?) porcie morskim Rumunii.
Constanca – wtedy Tomis, była jednym z bogatszych w całym cesarstwie rzymskim, portem już w czasach Ovidiusza, którego tu zesłał Cesarz August. Świadczy o tym największa rzymska zachowana mozaika, pieczołowicie chroniona w pawilonie dobudowanym do ratusza miejskiego. Mozaika ta była na Forum, pod którym mieściły się składy portowe schodzące piętrami, po zboczu, do samego brzegu morza. Później Constanca była portem bizantyńskim, genueńskim i weneckim na przemian, aż w końcu tureckim.
Drugą świetność przeżyła Constanca w XIX wieku, w trakcie boomu naftowego w pobliskich Karpatach. Widomym tego świadectwem jest budynek kasyna, który, sądziliśmy, niezawodnie powróci do świetnej przeszłości w bliskiej przyszłości. Drugim świadectwem świetności Constancy jest pałac Loży Masońskiej, na którym czas nie zatarł śladów świetności. Może znów rozkwitnie?

Samego miasta chyba ubyło, przybyło betonowych bloków. Niestety czas i atmosfera tamtego pobytu, przesiąknięta Murfatlarem i cujką, zatarła moje stare wspomnienia. Ale wydaje mi się, że domów wkoło ratusza i pomnika Owidiusza było chyba jakoś więcej. Z wieży meczetu roztacza się rewelacyjny widok na miasto i port. Najbardziej zdemolowany jest dawny kwartał żydowski. Dziś mieszkają tam Cyganie, których gołe dzieci biegają razem z tabunami psów po ulicy, taplając się w kałużach. Constanca – jak rozpadająca się Havana z „Buena Vista Social Club”. A mój przyjaciel, z którym byliśmy na rumuńskiej rajzie, kręcąc głową z zawodowym znawstwem rzeczoznawcy majątkowego mówił co chwilę – „ja pierdolę” głosem ostatecznej załamki nad marnością i bogactwem tego świata. Oczami wyobraźni widzieliśmy te miejsca za lat kilka, tętniące życiem i kulturą obsługi, nie mającej sobie równych w całym basenie Morza Czarnego.

W Euforie Sud spędziliśmy kolejny dzień na plaży, okrutnie się piekąc. Katusze w nocy były koszmarne, pomogło jedynie stanie pod prysznicem.
Dziewiątego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną, podążając na zachód, w kierunku Bukaresztu. Nowa autostrada A2, tymczasem niepłatna, doprowadziła nas w ciągu niespełna 3 godzin na obwodnicę stolicy Rumunii. Świadomie nie wjechaliśmy do miasta, nie chcąc w nim ugrzęznąć. Kraj jest znacznie ciekawszy od jego stolicy. Ta prawda w Rumunii sprawdza się stanowczo.

Transylwania – czy to, to samo, co Siedmiogród?

Nazwa Transylwania pojawiła się podobno w Europie w czasach czwartej krucjaty, której efektem była haniebna grabież Konstantynopola przez Krzyżowców w 1204 roku. Część krzyżowców musiała przemierzać tamtejsze ostępy. Łacińskie ultra silvam oznacza gęsty las. Tak też miejscami jest ciągle na tym obszarze do dziś. Zapewne trasy krzyżowców przyczyniły się do „saskiego” osadnictwa. Tak powstało siedem grodów, a stąd polska nazwa tego sąsiedzkiego historycznie obszaru, ale i germańska – Siebenburgen. Po upadku administracji rzymskiej, która szczególnie złotonośne obszary karpackie trzymała niemal do końca żelazną ręką, osiedlili się tu Gepidowie, po nich przyszli Słowianie, a w końcu Awarowie i Madziarzy. Królowie węgierscy prowadzili tu niemal od XI wieku akcje osiedleńczą, sprowadzając młodzież kupowaną we Fryzji i Flandrii. Resztki potomków tych osiedleńców, zwane Sasami siedmiogrodzkimi Causecu „sprzedawał” sukcesywnie do RFN. Ci którzy nie skorzystali na tej specyficznej akcji, wynieśli się stąd gremialnie w dniach upadku dyktatora, obawiając się „krwawej łaźni”. Ot, kolejna wędrówka ludów!

Z Siedmiogrodu pochodził nasz sławny król – Batory, o jak najbardziej węgierskim imieniu Stefan, ale o siedmiogrodzkich korzeniach. Tych Stefanów spotyka się do dziś w największych miastach. Co niedzielę w katolickich kościołach zbierają się czarno odziani staruszkowie, ze swoimi żonami, jakby w żałobie. Dziś trudno już stwierdzić czy to Węgry w dzisiejszym kształcie są węgierskie bardziej niż historyczne Erdely jak tę krainę w łuku południowych Karpat Madziarzy nazywają. W Cluj-Napoca (Klausenburgu) rumuński burmistrz całkiem niedawno chciał wymazać węgierską przeszłość, zasłaniając pomnik 5 królów wykopaliskami rzymskimi. Pod zdawałoby się spokojnym, niemal sielskim obrazem odbudowywanych pięknie starówek, drzemie wciąż konflikt etniczny. Inteligencja rumuńska (na szczęście chyba w większości, niezależnie od swoich narodowych korzeni) dziękuje historii i Opatrzności, że Unia Europejska tak szybko i bez ceregieli wchłonęła Rumunię w swoja strukturę. Sąsiedztwo dawnej Jugosławii, pozostawionej samej sobie, daje wiele do myślenia, szczególnie tu w krainie zwanej Transylwania, Siedmiogród, Siebenburg, Ardeal i diabli wiedzą jakim jeszcze językiem przez Rumunów, Słowian, Sasów, Węgrów, Szeklerów, Cyganów, Żydów… Te mozaikę odzwierciedla też herb: czarny półorzeł wywodzący się z tradycji sasko-habsburskiej, przyozdobiony szeklerskim słońcem i księżycem, nad czerwoną wstęgą pod którą w żółtym polu 7 wież: Brasov, Cluj, Sybin, Sighisoara, Targu Muresz, Sibiu… Dziś trudno stwierdzić czy to o te 7 miast chodzi?

Na trasie z Bukaresztu do Braszowa znajduje się pałac myśliwski Habsburgów z XIX wieku w Sinaia. Karpacki kurort narciarski jest jak nasze Zakopane czy Karpacz, także i latem pełny jest turystów – głównie rumuńskojęzycznych. Pałac jest w stylistyce jak nasz w Pszczynie lub Kurniku – wystawny, kapiący złotem i ornamentami, zastawiony meblami i sprzętami o bombastycznej stylistyce, nie mającej nic wspólnego, ani z Rumunią, ani z Siedmiogrodem. Raczej stracony czas…

Brasov do którego zajechaliśmy pod wieczór stanowczo stanowić może świetną bazę wypadową do wszystkich najciekawszych zakątków Transylvanii. Duże, 300 tysięczne miasto, ma rozległą starówkę i kilka hoteli o standardzie na każdą kieszeń. Jeden nocleg, jeden dzień pobytu, to stanowczo za mało. Przy pięknie odrestaurowanym Rynku, trzy ciekawe obiekty: Ratusz – ikona miasta, cerkiew wbudowana w podwórko, ze sklepami i mieszkaniami od frontu i autentyczne kilkusetletnie sukiennice – z zewnątrz odrestaurowane (nie tak wspaniałe jak krakowskie), ale wewnątrz zamienione na nowoczesną galerię handlową.

Rano jeszcze spacer po pustawej o tej porze starówce, przygotowującej się do przyjęcia kolejnej fali gwarnego, międzynarodowego tłumu. Dochodzimy do krańca uporządkowanej niemieckiej części miasta. Nasze zainteresowanie detalami wykończenia stolarki budzi zainteresowanie mieszkańców – podejrzewają nas, że jesteśmy wysłannikami Niemców lub Żydów identyfikującymi majątek pozostawiony przez nich. Wyjaśniamy, że przyjechaliśmy z Polski, co uspokaja nastroje, a nawet doprowadza do entuzjazmu. Za bramą saskiego Kronstadt, chaos rumuńskiego przedmieścia. Bynajmniej nie żadne blokowiska, ale ponad stuletnia architektura, rozlokowana w jakimś nieprawdopodobnym, uderzającym chaosie. Wracamy w obręb średniowiecznych murów, pod najstarszy zabytek – Czarną Katedrę. Katolicki kościół, remontowany pieczołowicie, swą nazwę bierze od czasów swego pożaru, który kilkaset lat wstecz okopcił jego mury. Pod murami kościoła pomnik siedmiogrodzkiego Guttenberga, także nauczyciela Anny Jagiellonki, wykładowcy krakowskiej akademii. Zamykamy pętlę po mieście w średniowiecznym gettcie żydowskim, z okazałą, chociaż niezbyt zabytkową, odremontowaną synagogą. Stamtąd „najwęższą uliczką w Europie” (120 cm), na powrót do Rynku. Wracamy pod hotel i w drogę. Mamy nadzieje jeszcze tego dnia zobaczyć jakiś zamek Drakuli…

Tak trafiliśmy do saskiego zamku w Viscri. Na północny-zachód od Brasov’a rozpoczyna się iście bajkowa kraina. Co kilka kilometrów obronny kościół, na wzgórzach ruiny lub nieźle zachowane zamki saskie. Jest tu gdzieś blisko zamek Bran – zadeptywany przez turystów poszukujących trumny Draculi. My kilka kilometrów zjeżdżamy z głównej drogi, by zobaczyć nieco inny pejzaż, skuszeni drogowskazem do zamku w Viscri . Nie zawiedliśmy się. Saska wioska odrestaurowana siłami belgijskiej fundacji jest jak z bajki, mimo, że w domach Sasów mieszkają dziś Rumuni, którzy jeszcze w latach osiemdziesiątych zasiedlali równoległą osadę bieda-domków, która dziś zasiedlają Cyganie. Znowu wędrówka ludów? Nad wsią góruje saski, chłopski zamek. Pośrodku kościół z obronną wieżą i izbami w murach obronnych. Każda z izb była przeznaczona dla innej rodziny ze wsi. Każda rodzina broniła swojego odcinka murów. Mimo zapuszczających się tu zagonów turecko-tatarskich, większość tych fortec nigdy nie została zdobyta. Plądrowane wsie, były odbudowywane z niemiecką precyzją i tutejszym, góralskim uporem. To widać i dziś, po okresie dewastacji, znów wracają „unijne” pieniądze, a obiekty odzyskują swoją prosta świetność.

Jedziemy dalej przez teren, na którym odcisnęły swoje piętno setki lat porządnego gospodarowania. Winnice jak nad Mozelą, sady i pola, tak uporządkowane, że nie sposób uwierzyć, że to ten sam kraj co wcześnie – mołdawski bajzel. Dojeżdżamy do jedynej podobno w Europie średniowiecznej twierdzy do dziś zamieszkałej.

Shigishoara to miasto, które ma 3 części: XIX wieczną na dole i 2 części starego miasta. Do najstarszej jego części trzeba wyjść po stromej, serpentynowej drodze. Jak oni w tych zbrojach tu wchodzili, na Boga!? Ten sam styl architektoniczny, co mijane obronne kościoły, uderza już od Bramy Zegarowej starego miasta. Wewnątrz stary układ ulic i wielkie, bogate, średniowieczno-renesansowe kamienice. Ale nie takie jak w Krakowie czy Kazimierzu. One maja tutejszy, transylwański styl. Taki sam styl ma miejscowa cujka sprzedawana do plastikowych butelek, prosto z beczki. Celebrowaliśmy ją z przyjacielem długi czas po przyjeździe do Polski – trudno to wypić za jednym posiedzeniem – to niemal czysty spirytus! Destylat owocowy pachnie wspaniale. Produkowany jest domowym sposobem, od wieków, z wytłoków winogron lub ze śliwek, rzadziej z moreli lub gruszek. Najciekawsze, że sprzedaż tej małmazji odbywa się tak jak i w Czechach i na Słowacji, tak jak na Węgrzech, że o reszcie Bałkanów nie wspomnę, niemal w każdym gospodarstwie. Obywatel nabywa w urzędzie skarbowym banderolę z akcyzą i handluje własnym produktem. Nie ma z tym problemów, w przeciwieństwie do naszego śmiesznego kraju, w którym spirytualia są otoczone kartoflano-karbidowym nimbem mistycznym.

Spacer po Sighisoarze dostarcza mi olśnienia! Widzę tu strukturę zabudowy, która kiedyś musiała być obecna i w moim mieście. W Gliwicach pozostał jedynie ślad w układzie ulic – w Sighisoarze możecie odczuć klimat średniowiecza. Każdy dom ma swoje obejście, wypełnione gdaczącym i chrumkającym inwentarzem.
Na centralnym placu jest dom w którym urodził sie podobno Wlad Tepes (Palownik), zwany Drakul – pierwowzór bohatera powieści Bram’a Stoker’a. Na szczycie wzgórza, na którym jest miasto nie ma jednak zamku – jest kolejny, transylwańsko-obronny kościół.
Od Shigishoary jedziemy wciąż płaskowyżem (ok.500-550 m npm), przez Targu Mures (Neumarkt) i Turde, dojeżdżamy do jego skraju by szaleńczymi serpentynami i stromiznami zsunąć się w dolinę do Cluj Napoca. Jeśli Brasov można przyrównać do Krakowa to Cluj Napoca ma więcej w sobie atmosfery architektonicznej Poznania skrzyżowanego z Łodzią. Nazywali go kiedyś małym Budapesztem, chociaż nie ma tam odpowiednika Dunaju. Niewątpliwie miasto jest bardziej węgierskie niż rumuńskie. Nawet młodociana cyganka żebrząca pod katedrą, prosi o Forinty. Ta bliskość Węgier jest jednak wciąż bardziej kulturowa niż geograficzna bo do granicy mamy następnego dnia jeszcze 165 km.

Wracamy na Węgry przez Oradea, a dalej, na chwile, zatrzymujemy się w Debreczynie, gdzie mój dziadek po okopach Besarabii trafił do lazaretu z atakiem febry. Tu się skończyła jego bałkańska wojaczka pierwszej, światowej jatki. Z Debreczyna, trochę koleją, trochę przygodnymi wozami, dotelepał się do Chrzanowa, gdzie powitała go polska niepodległość. Ale to historia na inną opowieść!
W Egerze zrobiliśmy sobie dwudniowy popas przed skokiem przez północne Karpaty. Pyszne winko, świetna kuchnia, kompleks basenów ciepłych źródeł pozwoliły nam uwierzyć, że znów jesteśmy w Europie. Ale wracamy z pozytywnym poczuciem, że zdążyliśmy jeszcze zobaczyć Rumunię, jakiej już za kilka lat nie będzie…
Na polskiej granicy, strażnik zapytał czy nie baliśmy się w tej Rumunii? Wojtek odpowiedział pytaniem – a w Polsce pan się czegoś boi? Nie odpowiedział…