„U” jak uspołecznienie?

Pomnik Marksa

Marksizm, o ile w ogóle jeszcze wywołuje jakieś konkretne skojarzenia w zbiorowej wyobraźni – kojarzy się z ideologią totalnie ujednolicającego uspołecznienia. Komunizm oznacza, że wszyscy będą równi, czyli tacy sami, a różnica między jednostką i wspólnotą ulegnie likwidacji.
Marks jednak proponował formuły znacznie ciekawsze. Nie był, na przykład, zwolennikiem prostego egalitaryzmu. Socjalistyczną ideę „równego podziału dóbr” – według zasady – tyle samo dla wszystkich takich samych – zaliczył do bukietu, który stał się „wiechciem przestarzałych frazesów”. Ponieważ ludzie nie przestaną różnić się między sobą, więc nawet „w wyższej fazie społeczeństwa komunistycznego”, różnice te zostaną zachowane. W rezultacie nie każdy będzie tyle samo i tak samo pracował oraz zarabiał. Zaawansowany komunizm nie jest mechanicznie egalitarny, rządzi nim różnicująca maksyma: „… każdy według swych zdolności, każdemu według jego potrzeb …” („Krytyka programu gotajskiego”).

Nie mniej ciekawa okazuje się kwestia uspołecznienia

Jednym z afirmowanych przez Marksa modeli jest „wspólnota” projektowana jako „zrzeszenie”, a nie „zjednoczenie”. O ile to drugie stanowi prostą, niezróżnicowaną „jedność”, o tyle pierwsze – bardziej pożądane – konstytuuje zgromadzenie wolnych jednostek, które nie są zintegrowane ciasnymi więzami bezwzględnej socjalizacji, lecz swobodnie dysponują własną osobnością i autonomią, jedynie okazjonalnie grupując się w ramach zrzeszenia. W tym kontekście pojawia się odwołanie do wspólnoty germańskiej. „… U Germanów, gdzie głowy rodzin osiedlały się w lasach pojedynczo, oddzielone wielkimi przestrzeniami, wspólnota już na pierwszy rzut oka istnieje jedynie dzięki każdorazowemu zrzeszaniu się członków wspólnoty …”. („Zarys krytyki ekonomii politycznej”).
W realiach nowoczesnych przekłada się to na dialektykę aktywności indywidualnej i pracy społecznej. Twórcza „działalność społeczna” istnieje „nie tylko w postaci bezpośrednio wspólnej działalności”. Istnieją takie formy pracy, które trzeba wykonywać osobno, a nie „bezpośrednio wespół z innymi”. Są nimi współcześnie tak powszechna, dzięki rozwojowi technologii informatycznych – praca naukowa czy artystyczna. („Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne”).

Czy indywidualne formy pracy prowadzą do alienacji?

Osobność taka nie jest alienacją, podobnie jak myślenie i działanie, które nie przekłada się bezpośrednio na programy społeczne i statuty partyjne. W odniesieniu do tego Bloch pisze o „nieugaszonym ultrafiolecie oryginalnej myśli”, która za sprawą swej „rewolucyjnej osobności” wcale nie musi być wykorzeniona, abstrakcyjna, bezsilna („Duch utopii”).
Marcuse z kolei podkreśla, że to właśnie wyobcowany outsider przechowuje w realiach „świata jednowymiarowego” (powojennego konsumeryzmu, który skutecznie skonsumował — rozbroił — wszystkie ideologie próbujące znieść kapitalizm) pamięć o rewolucyjnych alternatywach wobec zastanych i nierozwojowych układów społecznych („Człowiek jednowymiarowy”).

Marksizm nie jest „zdechłym psem” grzęznącym na cmentarzu jednoznacznych skojarzeń!

To elektryzujący zombie, który umyka konwencjonalnym kategoryzacjom – i wciąż może pomagać w rewitalizacji ideologii twórczo antysystemowych.
Potrzebujemy go zwłaszcza w Polsce, gdzie rządzą szkieletów ludy (bez serc, bez ducha) – tu trzeba wzywać na pomoc radykalnie żywe trupy, by wyrwać z letargu zmartwiałych żywych.
Bójcie się – nadchodzą marksowskie ścierwa!