Stodolane opowieści – na szlaku…

Świat według Bukowczyka,czyli Ikar na uwięzi.

Nosił poważne imię Mieczysława, a po latach dowiaduję się, że także – Ignacego, ale poza jego żoną Krystyną, zwaną Kuba, mało kto go wołał po imieniu. Nie pamiętam, gdzie poznałem Bukowczyka, to w końcu było ponad pół wieku temu. Zapewne w roku akademickim 1959/60, właśnie wtedy bowiem Uniwersytet Warszawski podjął lekkomyślną decyzję o mojej immatrykulacji na Wydziale Prawa. 

Nie pamiętam konkretnego miejsca, ale po raz pierwszy musieliśmy się spotkać gdzieś na Szlaku. Może u Hopfera (starego, za plecami pomnika Mickiewicza), może u Fukiera, może w Partumiarni (oficjalna nazwa – Pod Kominkiem), najpewniej jednak przy którymś źródełku piwnym: pod Chrystuskiem, w barze Staropolskim, na murku koło pomnika Kopernika, czyli na Kalatówkach, u Babci Gawlikowskiej na Oboźnej albo vis a vis – u Artystów. Raczej nie w kawiarence PIW-u na Foksal, bo to lekko snobistyczne miejsce dopiero trochę później stało się naszą kwaterą główną.

Legendarna kawiarenka, dziecko Października ’56 i ofiara Marca ’68, istniała zaledwie 10 lat. Połączona z księgarnią firmową zasłużonej oficyny, położona w samym centrum Szlaku, była popularnym miejscem spotkań pisarzy, malarzy, filmowców, grafików i redaktorów książkowych, fotografów (bliskość CAF-u, redakcji „Świata” i „Ekranu”) i dziennikarzy, odsuniętych od władzy polityków, a także czytelników spragnionych nowości wydawniczych, studentów, bibliofilów. Za fotografami ciągnęły piękne dziewczęta: aktorki, modelki i skromne licealistki, także przedstawicielki półświatka (wirażka – pół, powiedzmy, panny, pół ptaszka).

Jeden z atutów lokaliku stanowił telefon, z którego nie tylko dawało się zadzwonić, ale także dostać wiadomość z miasta. A było to w czasach nielicznych automatów ulicznych, zwykle zdewastowanych lub notorycznie kradnących pięćdziesięciogroszówki. Młodzi posiadacze komórek nie są w stanie sobie wyobrazić, jakim luksusem była możliwość korzystania z PIW-owskiego aparatu. Dziś wiadomo, że ten aparat był non stop na podsłuchu i to stanowiło jego funkcję podstawową, dla większości zresztą oczywistą.

Ludzie, którym lokalik zawdzięczał nie tylko renomę, ale także specjalne zainteresowanie specjalnych służb, to gwiazdy na ówczesnym firmamencie kultury i sztuki, m.in. Antoni Słonimski, Paweł Hertz, Tadeusz Konwicki, Gustaw Holoubek.

Przy „moim” stoliku świeżo upieczonego studenta prawa i początkującego dziennikarza „Sztandaru Młodych” siadywało skromniejsze, co nie znaczy gorsze towarzystwo, m. in. świetny grafik książkowy i dobry kolega Janek Bokiewicz, dziennikarz radiowy, znawca i fan jazzu Andrzej Zarębski, wreszcie Bukowczyk, dobrze zapowiadający się fotografik i plastyk, ale już z pewnym dorobkiem w obu dziedzinach. Był koleżeński i uczynny do tego stopnia, że pewnemu, dziś bardzo znanemu artyście, wymagane od kandydatów do Związku portfolio zgodził się uzupełnić własnymi pracami. I sprawa nigdy by nie wyszła ze sfery dyskrecji, gdyby obdarowany – jak się okazało, zdolny do wszystkiego – nie sprzedał kilku fotogramów na własne konto. Wtedy, jak zawsze, sprawę musiała wziąć w swoje ręce Kuba, wykształcony inżynier, trzeźwo patrzący na świat. Często też musiała szukać męża, bo Bukowczyk, jak prawdziwy artysta, miał zwyczaj gubić się na Szlaku.

Bukowczykowie mieszkali o rzut kamieniem, na Kopernika, nie raz w sytuacjach podbramkowych korzystałem z ich gościnności. I nie byłem jedyny, który prócz kąta do spania dostawał miskę esencjonalnego rosołu. Własne mieszkanie w centrum było w owym czasie dobrem cennym i rzadkim, którym małżonkowie umieli się dzielić z przyjaciółmi. Paradoksalnie, on, urodzony włóczykij, jednocześnie był… domatorem. W osobie Bukowczyka współistniały w nieoczekiwanej harmonii cechy wzajemnie wykluczające się. Do tej dialektycznej jedności przeciwieństw jeszcze wrócimy.

I PIW, i pobliska „Kameralna” (a raczej trzy knajpy o tej nazwie w jednym budynku u zbiegu Foksal i Kopernika) były fragmentami Szlaku, po którym nieustannie przemieszczali się bywalcy. Oto pierwsze z brzegu nazwiska: Janusz Głowacki, Adam Duduś Pawlikowski, Rosław Szaybo, Marek Karewicz, Eustachy Kossakowski, Tadeusz Rolke, bracia Barączowie, Janusz Sobolewski, Aleksander Jałosiński, Jan Michlewski, Krzysztof Gierałtowski, Jerzy Płoński, Marek Nowakowski, Ireneusz Iredyński, Jerzy Falkowski, Roman Śliwonik, Aleksander Jerzy Wieczorkowski, Józef Gielo, Andrzej Roman, Jerzy Iwaszkiewicz, Andrzej Bohdanowicz zwany Koniem, Alf Bobrowski, Franciszek Starowieyski zwany Bykiem, Tadeusz Dominik, Andrzej Partum, Władysław Popielarczyk, Jurry Zieliński, Stanisław Grochowiak, Jerzy Górzański, Krzysztof Gąsiorowski, Janusz Żernicki, Barbara Sadowska i kilkuset innych – utalentowanych i pełnych nadziei, spotykanych codziennie albo parę razy w roku.

Specjalnością „Kameralnej” była sławna lorneta z meduzą, ale także doskonałe inne zimne zakąski z tzw. karuzeli, czyli oszklonej gabloty na barze. Nieistniejący dziś lokal (–Komu to przeszkadzało?) na zawsze już będzie związany z duetem Maklakiewicz (mieszkał za „Kameralną”) i Himilsbach. Zdzisiek był mistrzem subtelnego dowcipu, Janek raczej walił cepem. Kiedyś właśnie w „Kameralnej” kelner nie chciał ich obsłużyć, bo przyszli z wilczurem Himilsbacha. Wyparli się psa, a na pytanie: – Skąd pies przy stoliku? – Maklak stwierdził lapidarnie: – Przysiadł się! – O innym wybitnym artyście, Janie Młodożeńcu, mówiono, że w nowiutkim kożuchu wszedł do baru w „Kameralnej” w lutym i wyszedł w maju, bo mu było za gorąco.

Bywalcy Szlaku stanowili wielką, zróżnicowaną grupę przyjaciół, kolegów i mniej lub bardziej znajomych, mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. Bukowczyk należał do najbardziej charakterystycznych – w sposobie bycia, nie w stroju.

Hemingway nazwał Paryż świętem ruchomym. Myślę, że nasza Warszawa też była takim świętem. W tamtych latach żyliśmy jak w euforii, kolorowym śnie. Fakt, byliśmy wszyscy o te pół wieku młodsi. Piękni dwudziestoletni oczekiwaliśmy od życia samych wspaniałych rzeczy. Mieliśmy swoje ulubione kluby i knajpy, teatry i artystów, piwnice i festiwale jazzowe. Byliśmy w stałym ruchu, bo jak pięknie pisał Jonasz Kofta: „Nieznajome może wyjść zza rogu domu”. Nie traktowaliśmy poważnie życia, a już z pewnością ustroju. On nas nie dotyczył, byliśmy ponad.

A Bukowczyk nienawidził komuny, miał to zakodowane w swoich kresowych genach. Trochę starszy od nas, przeżył własne bolesne doświadczenia: nakaz pracy w zakładach zbrojeniowych i pośpieszną ucieczkę przed UB – dosłownie pod ziemię, do kopalni – po radosnym bankiecie na wieść o śmierci Stalina, czy blisko trzyletnią służbę w Marynarce Wojennej. A jednocześnie zawsze podkreślał, że nie mógłby żyć poza Polską, choć w niej właśnie wielokrotnie czuł się tłamszony, jako człowiek i jako artysta. Konsekwentnie też odmawiał wyjazdu, przez długi czas nawet chwilowego, na Zachód, choć był świadom, że ze swoją pracowitością i talentem miałby tam więcej szans niż w kraju. Kolejny przykład współistnienia wzajemnie sprzecznych, a przecież niewykluczających się cech. Podobnie jak fakt, że ów nieprzejednany wróg bolszewizmu, przez wiele lat pracował – jako redaktor graficzny – w propagandzie PRL; przyzwoity miesięcznik „Nasz Klub” rob
ił naprawdę wiele dobrego, popularyzował kulturę na szczeblu gminy i powiatu, ale wydawcą jednak była partyjna RSW „Prasa-Książka­-Ruch”; dla jasności, właśnie w redakcji „NK” wylądowałem dzięki Mietkowi, a cała moja zawodowa historia dziennikarska była związana z RSW. A o postawie Bukowczyka najpełniej świadczy fakt, że w stanie wojennym nie zgodził się poddać uwłaczającej procedurze tzw. weryfikacji dziennikarzy i wyrobił sobie papiery rzemieślnika.
Na wiosnę 1968 roku z niejasnych, ale – wszystko wskazuje, że niedotyczących go powodów – Bukowczyk został więźniem politycznym. Kilka dni po pacyfikacji demonstracji studenckich, w dniu imienin Krystyny – Kuby, „w stanie wskazującym” zatrzymany na Krakowskim Przedmieściu, wepchnięty do suki, ekspresowo osądzony i skazany – trafił do więzienia. Nawiasem mówiąc, gdyby w owym czasie zamykano za procenty, żaden z bywalców Szlaku nigdy nie oglądałby świata bez krat. A Bukowczyk pod celą stał się nie tylko szanowanym mistrzem gry w warcaby, ale także wybitnym i cenionym autorytetem w dziedzinie projektowania unikalnych… tatuaży. Nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu Mietka okazało się przydatne połączenie talentu artysty z praktycznymi umiejętnościami rzemieślnika. A po wyjściu na wolność, nie stroił się w piórka męczennika, tylko jak zwykle wziął się do roboty.

To jedna z charakterystycznych Bukowczykowych cech: pracowitość. Pamiętam artystę – poza Szlakiem – zawsze czynnego, skupionego nad stroną opowiadania (tak, tak, miał za sobą wcale udane próby literackie), kartką grafiki czy rysunku, rzeźbiącego w drewnie, projektującego i produkującego figurki i biżuterię artystyczną, według własnego projektu realizującego stoisko na kiermasz książki, albo gotującego słynny rosół, grzebiącego w silniku mikrusa czy późniejszej syrenki, dumy przemysłu motoryzacyjnego PRL. I, co ważne, znowu pomysły utalentowanego artysty realizował kompetentny rzemieślnik, który potrafił trzymać w ryzach tę artystyczną wyobraźnię. Kolejny przykład dwoistości naszego bohatera.

Czasami na światło dzienne wypływał, zwykle starannie skrywany, kompleks braku akademickiego wykształcenia. Bukowczyk do wielu rzeczy doszedł samodzielnie, nie oznacza to jednak, że nie miał za sobą okresów nauki instytucjonalnej. Otarł się np. o studia konserwatorskie na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, co z pewnością nie pozostało bez wpływu na jego samoświadomość artystyczną. Dogłębną znajomość technik fotograficznych uzyskał jako słuchacz (przekształconego ze studium filmu rysunkowego) stołecznego Studium Fotograficznego przy ul. Spokojnej, a następnie, razem z Kubą, Eksperymentalnego Ośrodka Sztuki (EOS) Witolda Dederki, pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Fotograficznego. Z pewnością, uczestnictwo w obu przedsięwzięciach, dało prowincjuszowi z Ciechocinka nie tylko umiejętności zawodowe, ale także kontakty osobiste; stąd na Szlak było już bardzo blisko.

A na Szlaku brylowali plastycy, znani i nieznani, ale wszyscy z patentem (a studenci – z nadzieją na rychły patent) na artystę, wystawionym przez Akademię Sztuk Pięknych. Próba dostania się na drugi rok Akademii nie udała się, a startować w egzaminie wstępnym z młodziakami – Mietek nie chciał. Nie powiodła się także próba ubiegania się, o członkostwo w Związku Polskich Artystów Plastyków na podstawie prac; przynależność do Związku była równorzędna z dyplomem uczelni. Sekcja grafiki ZPAP z entuzjazmem zakwalifikowała prace kandydata, a Zarząd Główny, bodaj po raz pierwszy w historii… nie uznał werdyktu sekcji. Tłumaczono, że kandydat nie ma sprecyzowanego stylu, a jego grafiki są z różnych obszarów treściowych i formalnych. Innymi słowy, za dużo inwencji i talentu!

Paradoksalnie, jeden z najważniejszych widomych znaków uznania dostał Bukowczyk w 1972 roku z… Moskwy. Był to złoty medal międzynarodowej wystawy „Satyra w walce o pokój”. Wcześniej, od 1959 roku umieszczał ilustracje i rysunki w wielu tytułach prasowych, a od czasu sukcesu moskiewskiego z powodzeniem brał udział w licznych wystawach i konkursach, krajowych i zagranicznych.

Życie w PRL wymagało zdobywania, żeby nie powiedzieć wyszarpywania, dziesiątków zaświadczeń, zezwoleń, uprawnień, przez które biurokracja systemu sprawowała kontrolę i władzę nad obywatelem. Tak np. żeby artysta mógł w specjalnych sklepach (DESA – Dzieła Sztuki i Antyki) oferować do sprzedaży własne dzieła, musiał mieć dyplom uczelni artystycznej, albo legitymację ZPAP, albo tzw. uprawnienia Ministra Kultury i Sztuki, albo papiery rzemieślnicze. Bukowczyk mógł się ubiegać o dwa ostatnie. Oczywiście, to Kuba chodziła po urzędach, bo wysłanie męża skończyłoby się wielką awanturą. Ten miły, delikatny człowiek reagował silną agresją w dwu przypadkach: wobec czerwonych urzędasów i „po spożyciu”.

A Szlak nie był miejscem dla abstynentów. Prawie nikt nie zapytał, czy jesteś głodny, ale prawie każdy mógł postawić wino, piwo czy wódkę. Alkohol był nieodłącznym elementem mitu cyganerii. Pozwalał także chwilowo zapomnieć o czymś, co Niemcy nazywają „bólem istnienia”. Bukowczyk z racji dwoistości swojej natury był szczególnie podatny na ów ból.

Jaki był ten tytułowy świat według Bukowczyka, świat jego twórczości? Był taki, jak on sam, niejednoznaczny: radośnie kolorowy i dojmująco szary, euforyczny i depresyjny, naiwny i trochę cwany, prosty i skomplikowany, łagodny i agresywny, bezpośredni i zakompleksiony, przyjazny i ostrożny, otwarty, ale nie na wszystko i nie do wszystkich.

Po latach, dzięki Kubie, której udało się zachować większość spuścizny artysty, miałem możność ponownie zapoznać się z jego dziełami. Szczególnie poruszył mnie jeden rysunek: mężczyzna ze skrzydłami u ramion (Ikar?) usiłuje wzlecieć w przestworza, ale powstrzymuje go lina, przywiązana do nogi i zakotwiczona w piramidzie butelek. Niestety, była to wizja prorocza. Spowodowana strasznym nałogiem degradacja następowała szybko, a jej finał był nieunikniony.

Tak odszedł z naszego życia, i ze Szlaku, dobry człowiek i twórca nietuzinkowy. A i Szlak dzisiaj żyje tylko we wspomnieniach bywalców. Genius loci sprawił, że wystawę Bukowczyka zorganizowała galeria POKAZ położona w samym sercu dawnego Szlaku. Ten fakt to prawdziwy i zasłużony powrót artysty.